Blog klasy 1 kulturoznawczo-dziennikarskiej 3LO w Chorzowie

Temat: Implantem w kolano
Pionierski zabieg w polskiej ortopedii. Dzięki nowatorskiej technice i specjalnemu implantowi lekarze z Warszawy prawdopodobnie uchronili swoją pacjentkę od wymiany całego stawu kolanowego

Jak to się robi - Tuż poniżej kolana przecinamy kość piszczelową. Potem odginamy ją i wkładamy do środka implant w kształcie klina - tłumaczy "Gazecie"zabieg dr Konrad Słynarski Zabieg kosztował ok. 8 tys. zł

Operację przeprowadził wczoraj w warszawskim Centrum Medycyny Sportowej zespół kierowany przez dr. Konrada Słynarskiego. Dotychczas tego typu zabiegi wykonywano tylko w Norwegii, Kanadzie i Australii. Twórcami metody (zwanej fachowo AKR - Axial Knee Realignment) są naukowcy z firmy iBalance Medical z USA.

Nowa jest zarówno sama technika przeprowadzania zabiegu, jak i użyty podczas go implant, który naprawia zniszczone przez chorobę zwyrodnieniową kolano i przywraca pacjentowi pełną sprawność.

Choroba zwyrodnieniowa stawu kolanowego polega na uszkodzeniu i stopniowym zaniku znajdującej się w nim chrząstki. Najczęściej atakuje osoby w wieku 40-70 lat. Początkowo chorzy skarżą się na poranną sztywność stawu, ból przy schodzeniu po schodach czy w czasie noszenia ciężkich przedmiotów. Z czasem dolegliwości się nasilają. Wraz z wiekiem ryzyko zachorowania rośnie, co biorąc pod uwagę starzenie się naszego społeczeństwa, sprawia, że rosnąć będzie również liczba pacjentów. W wielu przypadkach leki nie są w stanie pomóc, a gdy choroba dojdzie do bardzo zaawansowanego stadium, jedynym wyjściem jest zastąpienie zniszczonego stawu sztuczną protezą.

To właśnie groziło zoperowanej wczoraj 70-letniej pacjentce. Aby do tego nie dopuścić, dr Słynarski zdecydował się na wykorzystanie opracowanej w Kolorado techniki.

Specjalnie dla niej opracowano całkiem nowy w ortopedii system narzędzi umożliwiających przeprowadzenie zabiegu bardzo dokładnie, a przede wszystkim ze znacznie mniejszym ryzykiem powikłań i komplikacji. Służą do tego m.in. specjalne osłonki chroniące naczynia i nerwy w operowanej części.

Na czym polega sam zabieg?

- Tuż poniżej kolana przecinamy kość piszczelową. Potem odginamy ją i wkładamy do środka implant w kształcie klina - tłumaczy "Gazecie" dr Słynarski. To właśnie ów implant stanowi drugi - kluczowy atut metody AKR.

- Wszczepiając go w kość piszczelową poniżej kolana, zmieniamy oś ciężaru ciała biegnącą przez staw. Mówiąc prościej, odciążamy jego chorą część i przenosimy ciężar na zdrową stronę - mówi Słynarski. Z czasem odciążenie chorej części stawu powoduje, że ból ustępuje, a chory powoli odzyskuje sprawność.

Od dawna sądzono, że raz zniszczona chrząstka stawowa nie jest w stanie się zregenerować. Jednak doświadczenia ostatnich kilku lat powoli podważają tę tezę. Z obserwacji zarówno klinicznych, jak i eksperymentów na zwierzętach wynika, że samo odciążenie chorego stawu może sprawić, że chrząstka się odbuduje.

Implant jest wykonany z plastiku przypominającego budową ludzką kość. Dzięki temu jest niemal tak samo jak ona elastyczny i doskonale z nią współpracuje podczas wykonywania wszelkich ruchów. Ogromnym plusem jest to, że implant ulega prawie całkowitej integracji z kością, do której został wszczepiony. To duża zaleta w porównaniu z innymi materiałami stosowanymi w ortopedii, np. z tytanem. - Tu, jak i w przypadku innych substancji, w miejscu styku kości i implantu, ten drugi z czasem się zużywa. Z nowym implantem tego problemu nie ma - nie trzeba go więc wymieniać i raz wszczepiony wystarcza do końca życia.

- Dzięki zastosowanej przez nas technice jesteśmy w stanie co najmniej odsunąć moment, w którym ewentualnie trzeba będzie założyć endoprotezę, o 5-10 lat. To jednak plan minimum. Mamy nadzieję, że w ogóle nie będzie takiej potrzeby - mówi Słynarski.

Wojciech Moskal
Źródło: Gazeta Wyborcza
Źródło: uronef.pl/Forum/viewtopic.php?t=5866



Temat: Bezpieczeństwo w Tatrach (a w zasadzie jego brak).


Nie wydaje mi się, żeby tu była "znaczna" różnica. Główną barierą w poruszaniu się pod górę jest maksymalna moc organizmu i z kijkami czy bez większość ludzi podchodzi się w granicach 400-800 m/godz. To jest związane z przemianami energetycznymi w organiźmie i nie ma znaczenia, czy pracują ręce czy nogi.


Używając kijka wykorzystujesz partię mięśni które przy chodzeniu bez kija nie mają szansy pracować. Całość ruchu staje się bardziej efektywna. Ma to znaczenie np gdy wchodzimy na wysoki stopień. Oprócz nogi pracuje również ręka przy czym używając kija odpychamy się tak do góry jak i do przodu zmniejszając obciążenie nóg, tak stawów jak i mięśni.

Ma to szczególne znaczenie dla stawu kolanowego który jest w znacznym zgięciu. W tej pozycji na sam staw działają bardzo duże siły


Człowiek jest jednak zwierzęciem ewolucyjnie dobrze przystosowanym do pokonywania dużych odległości i zdrowy człowiek o prawidłowej wadze nie powinien mieć żadnych problemów z chodzeniem na nogach, bez kijków

Z tym się zgadzam. Jednak warunki górskie dalece różnią się od zwykłych. Często mamy do czynienia z dużym ciężarem w postaci plecaka, dodatkowo stromy teren generuje znaczne przeciążenia tak przy podchodzeniu jak i w drodze w dół.

Wszystko to można pominąć jeśli ktoś w góry jeździ od czasu do czasu, jednak w moich postach odnoszę się do osób które w górach bywają częściej niż zwykły Kowalski.


Nie jest też prawdą, że nic się nie da "zregenerować"

Pisałem o chrząstce stawowej. Ćwiczenia wzmacniające mięśnie, ścięgna i więzadła powodują jedynie stabilizację stawu, nie mają natomiast wpływu na jakość samej chrząstki.



Gdyby chodzenie po górach było tak szkodliwe jak sugerujesz, to przytłaczająca większość znanych górołazów poruszałaby się teraz na wózkach inwalidzkich.


W mojej wcześniejszej wypowiedzi nie ma żadnego stwierdzenia sugerującego, że chodzenie po górach jest "tak szkodliwe". Napisałem jedynie, że występują większe obciążenia niż normalnie i że warto o siebie zadbać, profilaktycznie stosując kije.
Oczywiście mam tu na myśli ludzi którzy w górach bywają często, z racji zawodu, pasji...

Co do górołazów z twojego przykładu: pewne rzeczy ujawnią się dopiero na starość, być może pan X, śmigałby o własnych siłach pięć lat dłużej, trudno powiedzieć

Podobną retorykę stosują palacze jak się ich straszy konsekwencjami palenia. Zazwyczaj mówią, że ich sąsiad pali 80 lat, ma 100 i wyrywa o 20 lat młodsze panienki.
O tych co umarli w wieku lat 50 jakoś nikt nie pamięta.



Stwierdziłem tylko prosty fakt, że na stromym śniegu lepszy jest czekan niż kije. Na mniej stromym kije moga się przydać.
Lodowce nie maja tutaj nic do rzeczy. Stromy płat stwardiałego śniegu może być bardzoej niebezpieczny niż niejeden odcinek na lodowcu. Wystarczy policzyć wypadki w Tatrach spowodowane poślizgnięciem na śniegu - na lodowcach tego typu wypadki są rzadsze (częściej tam ma miejsce wpadnięcie do szczeliny, ale to jest co innego).


W twojej wcześniejszej wypowiedzi nie zaznaczyłeś o jaki teren ci chodzi, dlatego się odniosłem.
Wypadki o których piszesz są częstsze ponieważ ludzie nie używają raków, co na lodowcu jest standardem.

Podsumowując: uważam, że kije to fajny wynalazek, z mojego doświadczenia wynika, że znacznie przyspieszają wędrówkę, pomagają zmniejszyć obciążenie stawów i mięśni kończyn dolnych. Nie są zaś niezbędne do chodzenia po górach.

Zgadzam się z Lucyną:
Nie oznacza to, że są niezastąpione. Ot jeszcze jedna rzecz pomagająca poruszać się w górach. Można ją nosić lub nie. Na pewno nie sa wyznacznikiem statusu turysty.

Pozdrawiam, Rafał Brogowski
Źródło: 321gory.pl/phpBB2/viewtopic.php?t=7256